Czy ja biegnę w dobrym kierunku?

Dwa lata temu moje dni pędziły z prędkością świateł stroboskopu.  Traciłam bezcenne godziny stojąc w korkach do pracy w jednym z wieżowców warszawskiego „Mordoru”. W koncernie farmaceutycznym, w międzynarodowym środowisku, czułam się jak ryba w wodzie. Kierowałam zespołem, robiłam ciekawe rzeczy. Biegłam bez ustanku, jak chomik wprawiający kółko w ruch. Gdy łapałam chwilę wytchnienia, nachodziła mnie myśl: „Czy ja pędzę we właściwym kółku?”

Po pracy, przebijając się przez strumienie samochodów, pospiesznie rozwoziłam dzieci na dodatkowe zajęcia.  W przednim lusterku migały mi czasem ich smutne oczy. Czułam, że mimo moich starań, nie byłam z nimi w momentach, kiedy najbardziej mnie potrzebowały.

Coś mi jednak umyka   

Miałam poczucie, że mimo wszystko udawało mi się dobrze łączyć macierzyństwo z pracą. Zosia, Helenka i Antoś zawsze byli całym moim światem. Poświęcałam im dużo uwagi.  Aż nagle… mój krzyk zaczął budzić mnie z poczucia, że ze wszystkim daję sobie radę. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że czasem z poczucia bezsilności krzyczałam na swoje dzieci? Ja? Świadoma, zaangażowana mama? Pochłaniałam przecież książki Jespera Juula, byłam entuzjastką rodzicielstwa bliskości, interesowałam się rozwojem osobistym.  Wiedziałam dużo, ale jednak czułam, że cała nasza rodzina potrzebowała wsparcia.

Decyzja

Wspólnie z mężem postanowiliśmy, że odejdę z korporacji. Zostałam mamą na pełen etat. Spokój i uśmiechy moich dzieci upewniły mnie, że to była  dobra decyzja.  Gdzieś pod skórą czułam jednak, że w odpowiednim momencie przyjdzie do mnie kolejne zawodowe wyzwanie.

Wszystko staje się jasne

Postanowiłam znaleźć dla moich dzieci profesjonalne zajęcia z rozwoju emocjonalnego i umiejętności społecznych. Przeszperałam Internet i … nie znalazłam nic. Były zajęcia dla rodziców   i dzieci z zaburzeniami rozwojowymi. Wpadłam nawet na pomysł, żeby samej napisać  program rozwojowy dla dzieci. Szybko przekonałam się jednak, że na tym etapie to niewykonalne. Aż wreszcie… natrafiłam na artykuł o Akademii JA i ich autorskim programie edukacyjnym dla dzieci. Niewiele myśląc, zadzwoniłam do Gdyni. Po rozmowie z Iwoną Żbikowską poczułam się tak, jakby spadła  kurtyna i odsłoniła cel, do którego nieświadomie dążyłam przez ostatnie lata. Miałam zająć się zawodowo rozwojem dzieci! W głowie plątały się wątpliwości. Ale jak to? Ja, farmaceutka?  Nie byłam przecież pedagogiem ani psychologiem. Jednak zdecydowałam. Otworzę własny Ośrodek Akademii JA w Warszawie.

Wyjechałam na szkolenia do Gdyni. Były bardzo profesjonalne i dały solidne fundamenty do otwarcia  własnego Ośrodka. Od tamtej pory wszystko zaczęło się zmieniać. Zaczęli pojawiać się wokół mnie ludzie, którzy myśleli i czuli tak jak ja. Aby jeszcze bardziej wesprzeć się naukowo, skończyłam Psychologię Pozytywną w Praktyce na Uniwersytecie Warszawskim.

Mój własny Ośrodek Akademii JA

Postanowiłam, że w pierwszym roku działalności moim celem minimum będzie uruchomienie zajęć w placówkach, do których uczęszczały moich dzieci. Nie było łatwo, ale udało się! Po jakimś czasie miałam już 4 grupy, a w tym roku jest już ich 10! Czuję ogromną radość, kiedy słyszę, jak bardzo zajęcia Akademii JA zmieniają życie kolejnych dzieci. Jestem dumna, kiedy dyrektorzy szkół widzą moją aktywność na profilu Ośrodka i reagują z wielkim zainteresowaniem i otwartością na propozycję współpracy ze mną.

Spełnienie

Nareszcie czuję, że robię  naprawdę fantastyczne rzeczy, z których czerpię ogromną satysfakcję. Nadal biegnę, pracuję  nie mniej niż w korporacji, ale w godzinach, które sama sobie wyznaczam. Nie mam jednak żadnych wątpliwości, że wprawiam w ruch właściwe koło. W lusterku mojego auta widzę o wiele częściej uśmiechnięte oczy Zosi, Helenki i Antosia, bo jestem z nimi wtedy, kiedy mnie naprawdę potrzebują.

Anna Konstantynowicz
Właścicielka Ośrodka Akademii JA w Warszawie – EMOTKA
Trener i coach